Rozdział IV

piątek, 19.sierpnia.2011, 21:05
Kilka dni wcześniej.



Rozmowa o zapomnieniu.


„W sercu Źródło płomienia
więc ja chciałbym swoje serce
ocalić od zapomnienia”


 


Przejechał językiem po chłodnym ostrzu noża. Kąciki ust drgnęły mu nieznacznie, zerknął na szamoczącego się mężczyznę rozpaczliwie próbującego przerwać linę którą go związał.


- Rozwiąż mnie! Natychmiast!


- Szszszsz – Podszedł do swojej ofiary, poruszał się jak kot, bezszelestnie, lekko, delikatnie, bez szmeru. – Nie psuj nam obu tej chwili. Noc taka piękna – Uniósł głowę w stronę światła księżycowego przebijającego się przez dziurawy zbutwiały miejscami dach chaty.


- Słyszysz bracie? – Przymknął oczy wciągając przesycone wilgocią, ziemią, świeżo skoszoną trawa powietrze – To Księżyc śpiewa dla ciebie twoją ostatnią arie. – Przekrzywił głowę – idealna noc na zakończenie twojego nędznego nic nieznaczącego irytującego bytowania ziemskiego. Urocze okoliczności


Uśmiechnął  się patrząc swojej przyszłej ofierze w oczy. „ Tak wygląda twarz szatana… nie jest dobrze”. Yoh gorączkowo zagryzł wargi, poczuł znajomy metaliczny posmak, splunął ponuro.


- Zachowuj się kulturalnie. Śmierć niedługo po ciebie przyjdzie. – Hao skrzywił się z niesmakiem obserwując ślinę Yoh desakrującą podłogę. – Ohyda


- Może i nosisz w sobie moją cenną połowę duszy i może narodziłeś się jako mój brat. Ale ogłady w tobie za grosz, wykapany Mikihisa,  troglodyta i prostak. Dziwie się, że pan Wszechwładny zesłał jego dusze do mojego zacnego klanu. – Westchnął


- Pora umierać – Zerknął na zegarek wysadzany rubinami.


- Hao… proszę cię… jak brat… możemy się dogadać – Yoh przeskakiwał nerwowo z nogi na nogę, krzesło na którym stał zaskrzypiało potępieńczo. Sznur wrzynał mu się w skórę na szyi a jego cenne ikupashi leżało na samym środku chaty.


- Miałeś czas, mnóstwo czasu. Tym razem nie popełnię tego samego błędu co poprzednio, nie pozwolę ci żyć ty nędzny namiastku noszący moją dusze. – Ciężki glan Hao opadł na ikupashi Yoh, docisnął but do podłogi.


- Nie! Coś ty zrobił! – Yoh szarpnął się mocniej.


- Adieu, do zobaczenia w piekle, mam nadzieje, że godnie cie tam przyjmą – Uśmiechnął się pod nosem – bracie…


Krzesło uderzyło o ścianę za Yoh, ciało wiło się w konwulsjach, z gardła wydobywały się ostatnie zduszone słowa „ Przeklęty”. Hao zaczął się śmiać, wyraz twarzy nędznika był doprawdy zabawny. Ofiara znieruchomiała, Hao trącił je palcem, kawał dachu odpadł wraz z wisielcem uderzając z impetem o drewnianą nadgnitą, porośniętą bluszczem podłogę.


- Żryj ziemie – Podniósł nieboszczyka za włosy otrzepując z grubsza z gruzu, niebieska mgiełka wysunęła się z ust Yoh, Hao złapał ja w dłoń zgniatając. – Nie powiem ci żegnaj… braciszku.


Rzucił go na podłogę wychodząc z chaty. Kilka chwil później był już u podnóża Fuji. Zerknął kątem oka za siebie, ślad jego wcześniejszej obecności ujawniała płonąca łuna w jednym z punktów w lesie porastającym górę.


- Tacy Sami, a ściana między nami – Zanucił zarzucając swój miecz na ramie.


Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział III

niedziela, 23.maja.2010, 10:13
- Mój głupi syn
Otworzyła oczy. „Gdzie jestem?”
- Tam gdzie diabeł mówi dobranoc
Zesztywniała unosząc się machinalnie. Stała tam, nad stawem. Od razu ją zobaczyła. Dumna, wyniosła, piękna. Wczesna śmierć nie pozwoliła jej na okrutna starość. Nana usiadła masując sobie skroń, nie przerywając bacznych obserwacji. Asakura Asano, oczy demona. Ten sam nieugięty zimny błysk w oczach kobiety topniał jak brudna wiosna w ogniu jego oczu. Podniosła się z ziemi podchodząc do stawu.
- Jesteśmy ?
- Jesteśmy. Uwięzione tu, między światem duchów a światem żywych.
Coś pięknego. Przez drobną twarz Nany przebiegł cień odrazy. Tak cholernie doskonała, tak nierzeczywista. „ Niech mnie gęś kopnie”. Matka tego Potwora.
Nene skrzyżowała ręce. Wbiła wzrok w wodę.
- Jesteś reishi. Powinnaś wiedzieć kim naprawdę jest mój syn.
- Dlaczego tu jestem? – Asano obróciła głowę. Brązowowłosa wstrzymała oddech. „ Jej twarz!”. Uśmiechnęła się tryumfalnie wyczuwając skrzętnie skrywane emocje wiszące nad nimi niczym gilotyna.
- Wiesz kto mi to zrobił? – Jej szczupłe palce dotknęły szramy rozrywającej jej alabastrowy policzek. - Mappa Douji.


Nana usiadła chwytając pochylonego nad nią mężczyznę za szyje. Jego usta wykrzywiły się w złośliwym pół uśmiechu. Uniosła głowę patrząc na niego i swoje ręce zaciśnięte na jego szyi do złudzenia przypominające jej w tej chwili stryczek.
- Ty sukinsynu – Syknęła potrząsając nim
- Po co te nerwy madame. W tym kraju każdy dba o swoje interesy. A moim interesem jest twoje dobro. – Zmarszczyła brwi. Mistrz manipulacji?
Zerknęła na jego komórkę.
- Dzwoniłeś do niej?
- Do Wiedźmy? Owszem. Lubię kiedy udajesz idiotkę skarbie. – Zdjął jej dłonie ze swojej szyi obejmując je swoimi długimi szczupłymi palcami. Prychnęła odwracając wzrok. Położył jej ręce na swoich kolanach głaszcząc zewnętrzną część jej dłoni opuszkami swoich palców.
- Nie rób tego więcej. Oboje wiemy co dla nas najlepsze. – Mruknął pochylając się nad nią.
- Nie jestem twoja niewolnicą.
- Więc po co nosisz obrączkę? – Zaśmiał się cicho, cierpko, słodko, ironicznie. – Jesteś masochistką?
- Wyjaśnijmy coś sobie. To nie ja a ty jesteś moim a nie ja twoim niewolnikiem. – Ogromna ochota by zetrzeć mu ten idiotyczny uśmieszek z twarzy?
- Odnoszę wrażenie, że kręci cię udawanie, że się nie znamy. – Obróciła głowę gryząc go w policzek
- Zamknij się młotku - Zaśmiał się. Łeb ducha zajrzał do pokoju przez brudne małe okno obok łóżka na którym siedzieli. Przyłożył policzek do jej dekoltu wsłuchując się w bici jej serca zastygł.
- Kim jest…
- Kto?
- Mappa Douji? – Tyle odpowiedzi, a czasu coraz mniej.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: