Rozmowa o zapomnieniu.
„W sercu Źródło płomienia
więc ja chciałbym swoje serce
ocalić od zapomnienia”
Przejechał językiem po chłodnym ostrzu noża. Kąciki ust drgnęły mu nieznacznie, zerknął na szamoczącego się mężczyznę rozpaczliwie próbującego przerwać linę którą go związał.
- Rozwiąż mnie! Natychmiast!
- Szszszsz – Podszedł do swojej ofiary, poruszał się jak kot, bezszelestnie, lekko, delikatnie, bez szmeru. – Nie psuj nam obu tej chwili. Noc taka piękna – Uniósł głowę w stronę światła księżycowego przebijającego się przez dziurawy zbutwiały miejscami dach chaty.
- Słyszysz bracie? – Przymknął oczy wciągając przesycone wilgocią, ziemią, świeżo skoszoną trawa powietrze – To Księżyc śpiewa dla ciebie twoją ostatnią arie. – Przekrzywił głowę – idealna noc na zakończenie twojego nędznego nic nieznaczącego irytującego bytowania ziemskiego. Urocze okoliczności
Uśmiechnął się patrząc swojej przyszłej ofierze w oczy. „ Tak wygląda twarz szatana… nie jest dobrze”. Yoh gorączkowo zagryzł wargi, poczuł znajomy metaliczny posmak, splunął ponuro.
- Zachowuj się kulturalnie. Śmierć niedługo po ciebie przyjdzie. – Hao skrzywił się z niesmakiem obserwując ślinę Yoh desakrującą podłogę. – Ohyda
- Może i nosisz w sobie moją cenną połowę duszy i może narodziłeś się jako mój brat. Ale ogłady w tobie za grosz, wykapany Mikihisa, troglodyta i prostak. Dziwie się, że pan Wszechwładny zesłał jego dusze do mojego zacnego klanu. – Westchnął
- Pora umierać – Zerknął na zegarek wysadzany rubinami.
- Hao… proszę cię… jak brat… możemy się dogadać – Yoh przeskakiwał nerwowo z nogi na nogę, krzesło na którym stał zaskrzypiało potępieńczo. Sznur wrzynał mu się w skórę na szyi a jego cenne ikupashi leżało na samym środku chaty.
- Miałeś czas, mnóstwo czasu. Tym razem nie popełnię tego samego błędu co poprzednio, nie pozwolę ci żyć ty nędzny namiastku noszący moją dusze. – Ciężki glan Hao opadł na ikupashi Yoh, docisnął but do podłogi.
- Nie! Coś ty zrobił! – Yoh szarpnął się mocniej.
- Adieu, do zobaczenia w piekle, mam nadzieje, że godnie cie tam przyjmą – Uśmiechnął się pod nosem – bracie…
Krzesło uderzyło o ścianę za Yoh, ciało wiło się w konwulsjach, z gardła wydobywały się ostatnie zduszone słowa „ Przeklęty”. Hao zaczął się śmiać, wyraz twarzy nędznika był doprawdy zabawny. Ofiara znieruchomiała, Hao trącił je palcem, kawał dachu odpadł wraz z wisielcem uderzając z impetem o drewnianą nadgnitą, porośniętą bluszczem podłogę.
- Żryj ziemie – Podniósł nieboszczyka za włosy otrzepując z grubsza z gruzu, niebieska mgiełka wysunęła się z ust Yoh, Hao złapał ja w dłoń zgniatając. – Nie powiem ci żegnaj… braciszku.
Rzucił go na podłogę wychodząc z chaty. Kilka chwil później był już u podnóża Fuji. Zerknął kątem oka za siebie, ślad jego wcześniejszej obecności ujawniała płonąca łuna w jednym z punktów w lesie porastającym górę.
- Tacy Sami, a ściana między nami – Zanucił zarzucając swój miecz na ramie.